RSS feed
<< Budowa domu w Irlandii | Home | Rzetelność Gazety.pl >>

USA cz.1

już po...

Powoli dochodze do siebie po podróży - co prawda to juz 4ty dzień w domu ale jetlag ciągle daje się we znaki.

No to jak w końcu było? Poniżej kilka moich obserwacji. Może niektóre z nich sa bardzo trywialne - ale jako, że ten trip to było wiele pierwszych razów (lot transoceaniczny, pobyt w US, wyjazd słuzbowy w pełnym znaczeniu tego słowa) - to jednak spisuję je tutaj gdyż mnie by zainteresowały gdybym czytał tego bloga jako nie-Przemek ;-)


Lot.

Lot okazał się największą porażką tego wyjazdu. Aby dostać się do Baltimore z Dublina mieliśmy dwa loty. Pierwszy z Dublina do Newark. Drugi, już internal, b. krótki - z Newark do Baltimore.

Lot DUB - EWR trwał ok 7 godzin. Kiedy wsiadając zobaczyłem samolot, którym mieliśmy lecieć zapytałem na głos - to ten samolocik?
Była to mały (jak na takie dystanse) B757-200. Ci co latają Ryanairem wiedzą o czym mówię... Na dwie godziny do Polski taki samolot jest do zniesienia, ale na 7??

Przy wsiadaniu wywoływano nas po numerach siedzeń. Tak się złożyło, że zostałem wezwany jako jeden z ostatnich. Wsiadam do samolotu i widzę pełno ludzi. zmierzam do mojego miejsca - wolne ale za to stewardessa stwierdza:
 - wszystkie półki na bagaż podręczny sa już zapchane. będziesz musiał oddać torbę a ja przechowam ją gdzieś indziej. Ale niestety nie będziesz miał do niej dostępu w czasie lotu.

Hmmmm. To już mi się nie podobało. Bo nie po to jest rezerwacja miejsc i ograniczenia wagowo rozmiarowe na bagaz podręczny aby potem mieć takie ograniczenia..

Wytargałem na szybko co uznałem za potrzebne w czasie lotu (lapek, zasilacz). Z tymi gratami w jednym ręku, z kurtką w drugiej dochodzę do miejsca gdzie mam siedzieć.

Widzę że od środka siedzi tata, w środku dzieciak 4 lata, pod oknem moje wolne miejsce.
 - Może chłopak chce popatrzeć sobie przez okno? Mogę odstąpić miejsce.
 - Nie sądzę


Hmm. miły początek ;-)

Potem było już w miarę oprócz jednej drobnostki. Jakiś bachor siedzący za mną regularnie kopał mnie w okolice nerek (przez krzesło). Wspomniałem mamie ze dwa razy ale nie poskutkowało. Do końca lotu miałem raz na kilka minut pobudkę (próbowałem spać...)

Jako że spać się nie dawało to próbowałem oglądać filmy z telewizorka w fotelu. Zaraz po stracie rozdano słuchawki/pchełki - najgorszy szit - no cóż jednorazówki a wcześniej nie pomyslałem, aby zabrać coś swojego.

Jedzenie na pokładzie jak na klasę 'Economy' też dość plastikowe.
lot
za oknem hameryka już albo Kanada.

Z dobrych rzeczy jaki mi się przytrafiły to miałem okazję obejrzeć w całości "Diabeł ubiera się u Prady" i zacząłem "pożegnanie z afryką".

No i dolecieliśmy na czas, po ok 7 miu godzinach. Według czasu z Dublina było ok 17tej. Tutaj była 12ta ;-)

Przy zejściu do lądowania na horyzoncie wcale nie takim dalekim widać było Manhattan. Robi wrażenie...

Potem przesiadka i drugi lot tym razem powietrzną taksówką. Samolocik mały na około 50 osób (jakiś model Embraera). Bujał dużo bardziej, gwizdał itp ;-) Po niecałej godzinie byliśmy w Baltimore.

Po wylądowaniu mały stresik jak będzie wyglądała rozmowa z Immigration. Chłopaki uprzedzali aby nie wchodzić w dyskusję bo goście sa służbistami. Wiele się słyszało o przypadkach nie wpuszczania do USA ludzi którzy wylądowali już na lotnisku.
Dodatkowo ktoś przed nami musiał coś źle wypełnić bo słychać było trzask dartych papierów i człowiek wypełniał coś od nowa.
No to stoimy jak te trusie, ściskamy wizy, paszporty, dokumenty I-94 (wypełnia się w samolocie przed lądowaniem i deklaracje celne).
Ale spoko. Zdawkowa rozmowa i droga wolna.

Z lotniska wskoczyliśmy w busik, który po około 10 minutach dowiózł nas do wypozyczlani samochodów. Budynek wypozyczalni wyglądał jak kolejne lotnisko. Serio. Wielka hala ze stanowiskami Hertz, Budget i kilkunastoma innymi. I to wszystko to wypożyczalnie samochodów.
No cóż to była pierwsza ogromna sprawa jaką zobaczyłem w Stanch.

Nastepną jaką zobaczyłem był samochód. Na 8siem osób mieliśmy wynajęte dwa Ford Explorer. SIlnik jak w przyzwoitym amerykańskim aucie chyba 4,5 litra. Silnik ryczął bardzo przyzwoicie ale auto swoje ważyło dlatego raczej wciskania w fotel nie dało się zbytnio wyczuć.

Co więcej autko mimo swoich imponujących wymiarów zewnętrzynch w środku wcale obszerne nie było!


Po raz kolejny zaskoczenie ogarnęło mnie kiedy wszedłem do pokoju. Bez przesady mówiąc w tym pokoju mogła by spokojnie pomieszkiwać rodzinka 2+2. Może nie było innych. Cena za dobę nie przekraczała 120$.
była już 23,15 czasu DUB. Więc wyskoczylismy jeszcze na późną kolację (rozmiar porcji!) i padłem. Jutro z rana pierwszy raz do biura.
Tags :


Re: USA cz.1

Ciekawy jestem spostrzezen na temat mentalnosci Amerykanow. Tych, z ktorymi wspolpracowales na miejscu, ale tez tych spotykanych w sklepach, hotelu itp., czyli t.zw. "zwyklych Amerykanow". Duzo masywnych obiektow spaceruje po ulicach? ;-)

Re: USA cz.1

Hej, dokladnie to samo miałem spostrzeżenie apropo ameryki północnej. Tam jest wszystko wielkie, nawet woda w ubikacji jest wielka. Pozdrawiam i czekam na dalszą relację.

Re: USA cz.1

Na codzien mialem do czynienia glownie z ludzmi w biurze - i byli oni wygladem ... normalni. Na ulicy - hmm, nic wyjatkowego mnie nie powalilo. Jedynym wyjatkiem byl wypad do Wall-Mart. Postaram sie napisac o tym w najblizszym wpisie.

Add a comment Send a TrackBack