Już wiem, że pracuję w amerykańskiej korporacji
I okoliczności, w jakich to odkryłem nie były miłe
Tak, witamy w świecie korporacji - od tej mniej przyjemnej strony.
Ostatni Czwartek, mój kolega z biura - sąsiad przez (plastikową) ścianę boksu został poproszony do biura szefa.
Wrócił po kilku minutach i stwierdził:
- Well, it's my turn. I've been made redundant.
- Co?? Cholera! czemu zostałeś uznany "nadmiarowym"?
- Moje projekty zostały przeniesione do Indii, nie ma już dla mnie zleceń, w przyszłym tygodniu mam spakować swoje graty i zwolnić biurko.
No cóż - zdarza się. To jeszcze rozumiem.
Ale boli mnie coś innego: Jack pracuje w AOL od 10 lat i dali mu tydzień na zwinięcie swoich gratów!
10 lat to już nie przelewki, to naprawdę kawałek życia spędzony w jednej firmie. To przyzwyczajenie, 10 lat jazdy tą samą drogą, 10 lat wspólnych znajomych w pracy, przyzwyczajeń itp. Człowiek siłą rzeczy musi się przywiązać do zajęć, rutyny, którą wykonuje przez taki szmat czasu.
Jak na ironię dzień wcześniej na cały oddział dubliński poszedł email: powitajmy nowego kolegę w dziale Personal Finance, XYZ jest developerem i zaczyna...Dlaczego Jack nie został tam po prostu przesunięty zamiast zatrudniać nowego człowieka?
Po ostygnięciu, mam następującą teorię:
- Firma nie była w stanie dłużej płacić takiej wysokiej pensji, więc zadania zostały przeniesione Hindusów, którzy (jak się zdążyłem zorientować) biorą wszystko i wykonują bez szemrania. I dodatkowo są około 3 razy tańsi.
Niestety zawaliła mi się cała teoria o lojalności firmy wobec człowieka, o inwestowaniu w pracownika itp...
Gwoli sprawiedliwości dodam, że Jack ponieważ podlega pod redundancy program dostanie odprawę w wysokości około rocznej pensji. Ponieważ jego stanowisko było jednym z najwyższych w pionie technicznym (System Architect) to myślę, że z tej odprawy jest w stanie:
Zrozumiałem jedną rzecz:
Nieważne jak dobry jesteś (pomijając wybitne jednotkowe przypadki), to czy zostaniesz czy nie to po prostu kwestia szczęścia: jeśli trafisz w dobry projekt to masz z głowy kilka lat. Przez te kilka lat jeśli naprawdę nie spieprzysz sprawy to awansy przyjdą z "zasiedzenia". Wystarczy zatem robić swoje od 9 do 17.30 i nie żyć pracą - reszta sama przyjdzie.
Jest to zupełnie inaczej, niż dotychczas miałem okazję doświadczyć w poprzedniej pr@acy w Polsce. Lepiej, gorzej? Hmm - inaczej.
Napewno Jack nie będzie miał problemu ze znalezieniem innej pracy, rynek IT w Dublinie jest spory i mimo sygnałów o zwolnieniu gospodarki Irlandzkiej jeszcze nie przeniosło się to na IT.
Zrozumiałem jeszcze drugą rzecz: w takim tempie moje następne Christmas Party będzie już raczej w innej firmie. Kiedy zaczynałem w Lipcu nasza grupa (Data Ingestion team) składała się 6ciu osób. Od tamtego czasu odeszły trzy osoby (najpierw Jonathan skorzystał na ochotnika z "Listopadowe edycji" redundancy, następnie Patrickowi nie przedłużono kontraktu ponad 6 miesięcy i do końca stycznia już go nie będzie, no i teraz Jack). Czekam tylko na pierwsze symptomy, kiedy nasze bieżące projekty zostaną przesunięte do Indii. Póki co widzę, że mamy pracę na około 2 miesiące. Zobaczymy co będzie dalej.
Zrozumiałem trzecią rzecz: jeśli stracę tą robotę, to absolutnie nie będę czuł nawet grosza swojej winy. Po prostu Hindusi są tańsi... Jedyne co mogę teraz robić to nie dać wpędzić się w złudne poczucie niezastępowalności. W związku z tym wracam do pracy nad rozwojem swoich kwalifikacji (ostatnie kilka miesięcy sobie odpuściłem nieco, przyznaję).
Inne postanowienia?
Muszę kupić samochód gdyż nie wyobrażam sobie ponownego szukania pracy bez tegoż środka transportu.;-) Rozejrzę się za tym po pierwszym ;-)))
Mimo wszystko mamy sobotni poranek (??) i mam dobry humor bo weekend przed nami i może w końcu będę miał czas podłubać przy galeriach.
Pozdrawiam mimo wszystko pogodnie.
Wuj Mat ;-)
Ostatni Czwartek, mój kolega z biura - sąsiad przez (plastikową) ścianę boksu został poproszony do biura szefa.
Wrócił po kilku minutach i stwierdził:
- Well, it's my turn. I've been made redundant.
- Co?? Cholera! czemu zostałeś uznany "nadmiarowym"?
- Moje projekty zostały przeniesione do Indii, nie ma już dla mnie zleceń, w przyszłym tygodniu mam spakować swoje graty i zwolnić biurko.
No cóż - zdarza się. To jeszcze rozumiem.
Ale boli mnie coś innego: Jack pracuje w AOL od 10 lat i dali mu tydzień na zwinięcie swoich gratów!
10 lat to już nie przelewki, to naprawdę kawałek życia spędzony w jednej firmie. To przyzwyczajenie, 10 lat jazdy tą samą drogą, 10 lat wspólnych znajomych w pracy, przyzwyczajeń itp. Człowiek siłą rzeczy musi się przywiązać do zajęć, rutyny, którą wykonuje przez taki szmat czasu.
Jak na ironię dzień wcześniej na cały oddział dubliński poszedł email: powitajmy nowego kolegę w dziale Personal Finance, XYZ jest developerem i zaczyna...Dlaczego Jack nie został tam po prostu przesunięty zamiast zatrudniać nowego człowieka?
Po ostygnięciu, mam następującą teorię:
- Firma nie była w stanie dłużej płacić takiej wysokiej pensji, więc zadania zostały przeniesione Hindusów, którzy (jak się zdążyłem zorientować) biorą wszystko i wykonują bez szemrania. I dodatkowo są około 3 razy tańsi.
Niestety zawaliła mi się cała teoria o lojalności firmy wobec człowieka, o inwestowaniu w pracownika itp...
Gwoli sprawiedliwości dodam, że Jack ponieważ podlega pod redundancy program dostanie odprawę w wysokości około rocznej pensji. Ponieważ jego stanowisko było jednym z najwyższych w pionie technicznym (System Architect) to myślę, że z tej odprawy jest w stanie:
- nic nie robić przez najbliższe 3 miesiące,
- 4go miesiąca zabrać rodzinkę na cały miesiąc na naprawdę egzotyczne wakacje w ciepłych krajach,
- wrócić i rozglądać się za nową pracą.
Zrozumiałem jedną rzecz:
Nieważne jak dobry jesteś (pomijając wybitne jednotkowe przypadki), to czy zostaniesz czy nie to po prostu kwestia szczęścia: jeśli trafisz w dobry projekt to masz z głowy kilka lat. Przez te kilka lat jeśli naprawdę nie spieprzysz sprawy to awansy przyjdą z "zasiedzenia". Wystarczy zatem robić swoje od 9 do 17.30 i nie żyć pracą - reszta sama przyjdzie.
Jest to zupełnie inaczej, niż dotychczas miałem okazję doświadczyć w poprzedniej pr@acy w Polsce. Lepiej, gorzej? Hmm - inaczej.
Napewno Jack nie będzie miał problemu ze znalezieniem innej pracy, rynek IT w Dublinie jest spory i mimo sygnałów o zwolnieniu gospodarki Irlandzkiej jeszcze nie przeniosło się to na IT.
Zrozumiałem jeszcze drugą rzecz: w takim tempie moje następne Christmas Party będzie już raczej w innej firmie. Kiedy zaczynałem w Lipcu nasza grupa (Data Ingestion team) składała się 6ciu osób. Od tamtego czasu odeszły trzy osoby (najpierw Jonathan skorzystał na ochotnika z "Listopadowe edycji" redundancy, następnie Patrickowi nie przedłużono kontraktu ponad 6 miesięcy i do końca stycznia już go nie będzie, no i teraz Jack). Czekam tylko na pierwsze symptomy, kiedy nasze bieżące projekty zostaną przesunięte do Indii. Póki co widzę, że mamy pracę na około 2 miesiące. Zobaczymy co będzie dalej.
Zrozumiałem trzecią rzecz: jeśli stracę tą robotę, to absolutnie nie będę czuł nawet grosza swojej winy. Po prostu Hindusi są tańsi... Jedyne co mogę teraz robić to nie dać wpędzić się w złudne poczucie niezastępowalności. W związku z tym wracam do pracy nad rozwojem swoich kwalifikacji (ostatnie kilka miesięcy sobie odpuściłem nieco, przyznaję).
Inne postanowienia?
Muszę kupić samochód gdyż nie wyobrażam sobie ponownego szukania pracy bez tegoż środka transportu.;-) Rozejrzę się za tym po pierwszym ;-)))
Mimo wszystko mamy sobotni poranek (??) i mam dobry humor bo weekend przed nami i może w końcu będę miał czas podłubać przy galeriach.
Pozdrawiam mimo wszystko pogodnie.
Wuj Mat ;-)
Przykre, ale...
...skoro Firma tak traktuje pracowników, czemu by nie zmienić swojego stosunku do Firmy? Rzucasz Firmę jak tylko znajdziesz lepszą, bez skrupułów. W każdej chwili Firma może Ci podziękować, więc traktuj Firmę w ten sam sposób, na zasadzie wzajemności. I nie ma to nic wspólnego z uczciwością - robisz swoje, dopóki Ci się to opłaca, jak opłacać się przestaje, przenosisz się "do Indii" :)
Tak czy inaczej, powodzenia!
Przykre, ale...
yeah, tak właśnie będę robił.
Wiesz Monika, w tym wszystkim najbardziej bolesny jest moment kiedy przekonujesz się jak to działa...
Dziś słyszałem też inną teorię, że firma 'przeczyszcza szeregi' ze starej zasiedziałej gwardii i 'odświeża krew' (czytaj: daje szansę młodym, zdolnym itp. ;-)) ).
Zobaczymy.

