Instynkt
zostal we mnie pobudzony ostatnimi dniamy...
Podczas minionego długiego weekendu stała się jedna rzecz, która dala mi do myślenia.
Już w Piątek, kiedy wróciłem z pracy w powietrzu wisiał wielki niewidzialny tekst: DŁUGI WEEKEND I W DODATKU KEITH MA DAY-OFF
Tutaj kilka slow wyjaśnienia:
Moj współspacz pracuje w nocy jako night shift manager. Wychodzi na 22ga i wraca rano, akurat, kiedy wychodzę ja. Tak dzieje się przez 8 kolejnych dni. Następnie Keith ma 5 dni wolne, po czym znowu 8 dni pracuje i tak w kolko...
Podczas tych 5 dni wolnego Keith stara się nadrobić te stracone w jego mniemaniu dni życia, które poświęca na pracowanie i odsypanie.
Nadrabianie straconego czasu polega na podtrzymywaniu się w stanie upojenia alkoholowego na średnim poziomie. Wygląda to tak, ze zaraz po obudzeniu otwierana jest butelka conajmniej 40% i w ciągu dnia jest przez Niego wypijana - zawsze jako drink z soczkiem lub pepsi cola. W ten sposób przez cały dzień Keith jest jeszcze bardziej pogodny niż zwykle i odpoczywa. Jeśli czuje zmęczenie i chce się położyć spać to wypija trochę więcej i trochę szybciej ;-)
No wiec wracając do głównego wątku: przed nami byly wolne trzy dni pokywajace sie z wolnym czasem Keitha.
W sobotę z rana pojechaliśmy na zakupy. Keith w ramach przygotowania do wizyty jednej ze swoich przyjaciółek wybrał tym razem wersje "na artystę" i zakupił:
- sztalugę malarska
- komplet pędzli, farb i szmatek malarskich zapakowanych w zgrabnej walizeczce
Oczywiście rola tego osprzętu to nic innego tylko mebel, który został wypakowany i ustawiony w rogu pokoju. Walizeczka z farbkami dumnie spoczęła pod sztalugami.
Hmm, w ten sposób deska do prasowania straciła racje bytu w tamtym miejscu, ale jak rozumiem nie jest problem, ze stoi ona teraz dokładnie na środku kuchni ;-)
Opakowanie od sztalugi, to sporo tektury. Po wyrwaniu z jego wnętrza samej sztalugi opakowanie zostało na środku pokoju. Była sobota rano.
Aha, na środku pokoju walały się juz tektury od nowej kamerki internetowej, którą Keith zakupił dzień wcześniej.
Co tu dużo ukrywać: przez sobotę, niedziele i poniedziałek przyłączyłem się do radosnego spędzania weekendu jaki stosował Keith. Rum z Lidla wcale nie jest taki ohydny, zwłaszcza z sokiem pomarańczowym. być może dlatego, ze dzień był zamykany Guinessem, po którym jeszcze NIGDY nie miałem kaca następnego ranka...
Tutaj wracam do tytułowego hasła.
Dotarło do mnie, ze przez ten weekend nieświadomie zbudziłem w sobie dawno stłumiony przez Justynę Instynkt Faceta W Domu.
To znaczy nie czułem się źle z tym, ze na środku pokoju walają się pudelka itp. Nie czułem się źle z tym, ze założyłem te same skarpetki następnego dnia z rana. Albo dokładnie mówiąc - ze nie zdejmowałem ich poprzedniego wieczora ;-)
Cala tresura Justyny stosowana na mnie przez 9(!) lat naszego Pożycia została mocno nadwątlona przez jednego Keitha, trzy butelki rumu i dwa kartony Guinnesa.
Kurcze, jestem jednak godnym reprezentantem gatunku "Facet".
W poniedziałek kolo południa zaczęło się wyhamowywanie. W chwili refleksji zrobiłem kilka fotek dokumentujący ten niezwykły stan w naszym salonie.
Do wieczora posprzątaliśmy.

