RSS feed
<< Po co? | Home | Wyszukane w sieci >>

Jak trafilem tu gdzie obecnie jestem...

czemu tutaj i teraz?

Moja droga do Irlandii zaczęła się ... ponad 7 lat temu i wiodła przez Niemcy.
W tamtym czasie, kiedy bylem jeszcze studentem V roku Politechniki Łódzkiej dotarła do mnie informacja o programie ZIELONEJ KARTY dla informatyków organizowany przez rząd Niemiec.

Pracowałem wówczas jako programista internetowy w portalu YoYo.pl. Dzięki webarchive mamy szansę zobaczyć jak wówczas wyglądała ta witryna gdyż z tego co się orientuję nie ma ona wiele wspólnego z obecną działalnością. Dzięki niezapomnianemu Darkowi Tyszce udawało mi się rozwiązywać kolejne problemy związane z programowaniem CGI w Perlu - zwłaszcza te koszmarne wyrażenia regularne ;-). Siedziba YoYo mieściła się w odlotowym jak na tamte czasy budynku Reform Plaza przy placu Zawiszy w Warszawie. Jako że był to czas nadymającej się (póki co) 'internetowej bańki' to firma nie szczędziła na 'wypas' i praca na 31 piętrze była dla mnie wysokim punktem (dosłownie) startu kariery.

To były ciekawe czasy!
Ostatni rok studiów na Politechnice Łódzkiej. Od ponad roku byłem już dzielnym tatusiem Hani, mieszkaliśmy ciągle jeszcze po "studencku" w niezapomnianej "siódemce".
Podbudowani opowieściami naszego "Dominika", wyposażeni w dogłębną wiedzę o budowie pieca indukcyjnego planowaliśmy naszą przyszłość na rynku pracy IT w Polsce.

Do pracy w Warszawie dojeżdżaliśmy z Łodzi z Piotrkiem Polką. W końcowym okresie zdecydowaliśmy się nawet wynajmować mieszkanie w samej Warszawie.

No ale wracając do właściwego wątku.
Gdzieś tak w okolicach maja 2000 dotarła do nas elektryzująca wiadomość o tym, że Niemcy otwierają swój rynek pracy dla Polskich informatyków. Wtedy jeszcze nie śniło się nam o Unii Europejskiej a więc wyglądało to dość zachęcająco.
Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, najpewniej musiałem gdzieś wysłać swoją aplikację. Faktem jest że skontaktował się ze mną niemiecki rekruter Pan Karl Glomb (nazwisko do dziś oamiętam ;-) ) i zaaranżował spotkanie z niemieckim pracodawcą.

Spotkanie zostało umówione w Kolonii. A firma do której aplikowałem to nic nie mówiąca mi wówczas (jak i dzisiaj  ;) ) GlobalPark.
Byłem strasznie podekscytowany tym, że młodego polskiego Żuczka jakaś firma z zachodu zdecydowała się zaprosić do Kolonii oczywiście fundując bilet. Pamiętam jak nie mogłem się doczekać dnia wyjazdu. Wreszcie o godzinie zero wsiadłem na Centralnym w "Jana Kiepurę" i ruszyłem na podbój Europy. Spotkanie było zaplanowane na następny dzień koło południa. Z trudem zmuszałem się do drzemki podczas jazdy - zwłaszcza, że towarzystwo temu nie sprzyjało (jeszcze w najlepsze funkcjonowały typowe "wyjazdy turystyczne").

W końcu jestem na dworcu w Kolonii.
Wszystko było dla mnie nowe - ten cały "zachód" gdzie wszystko wyglądało tak bogato i solidnie, katedra, miasto oraz nawet taksówkarz który wiózł mnie do siedziby (starszy Pan który z gracją i swobodą prowadził mercedesa - wyglądało to tak, jakby sobie z nudów dorabiał do emerytury).

W siedzibie firmy spotkałem się z doktorem Lorenzem Graafem, który dość rzeczowo prowadził rozmowę. Efektem tego było to, że po około godzinie wyszedłem z firmy:
  • z kontraktem w ręku opiewającym na kilkadziesiąt tys marek rocznie (nie pamiętam dokładnie ile, w tamtym czasie wyglądało to bardzo dobrze)
  • gotówką, którą zwrócono mi za bilet
  • banknotem 100 markowym który na pożegnanie wręczył mi mój rozmówca. Do dziś zastanawiam się czy powinienem był go przyjąć...
Drogę powrotną pamiętam niewiele ponieważ byłem z lekka oszołomiony tym co się stało i co w ciągu kilku ostatnich godzin osiągnąłem. Jednak nie mogę nie opowiedzieć o:
  • Panu z Warsa który był starym kolejowym wygą i niejedną trasę obskoczył jako PKP. Sprzedawał on "z przedziału" polskie piwko i pamiętam jak staliśmy w głębokiej nocy przy otwartym oknie pędzącego ekspresu, a Bufetowy nie mógł wyjść z podziwu patrząc na warunki kontraktu jakim się pochwaliłem. Bardzo mnie to podbudowało ale za to musiałem postawić kilka piwek na pomyślność;-). No i nie zapomnę kiedy przy otwieraniu butelki Bufetowy wywalił przez okno kapsle mówiąc: niech mają za trzydziesty dziewiąty...
  • Ludzi z przedziału którzy wracali z pomyślnego handelku i opijali to ruską wódką (którą i mnie poczęstowali)
No cóż wszystko układało się bardzo pomyślnie. Dostałem kopniaka aby szybko zamknąć studia - był to warunek konieczny zafunkcjonowania kontraktu. Ponieważ był maj a pracę miałem rozpocząć 10 stycznia 2001 roku miałem jeszcze sporo czasu.
Kilka tygodni po mnie do Kolonii pojechał też Piotrek Polka i również wrócił z kontraktem.

Na koniec listopada złożyliśmy w YoYo wypowiedzenie. Robiliśmy to bez żalu bowiem bańka internetowa właśnie pękała z wielkim hukiem: firma zmniejszała zatrudnienie, opóźniała się z wypłatami, prawie dwukrotnie zmniejszyła powierzchnię biurową.
Jakoś w międzyczasie wynieśliśmy się z akademika i zamieszkaliśmy w Kutnie z moimi rodzicami.

Pod koniec grudnia żyłem już bardzo nadchodzącym wyjazdem. Od początku miesiąca przenieśliśmy się z powrotem do Łodzi. Doszliśmy do wniosku, że w związku z nadchodzącymi zmianami stać nas było na wynajmowanie dość sporego M3 na Retkini (jaka to była ulica? pamiętam tylko że numer mieszkania był 51 - dokładnie tak jak w Kutnie).

Zaraz po powrocie ze świąt umówiliśmy się Piotrkiem że puszczamy takiego kontrolnego z technicznymi ustaleniami: którego dnia i jakiej godzinie mamy stawić się w Kolonii, jak z naszymi mieszkaniami które były szykowane przez firmę, itp... Emaila wysyłalismy z kafejki internetowej - internet w domu to ciągle był modem, a obydwaj nie mieliśmy w domu linii telefonicznej.

Nie zapomnę tego do dziś: późnym wieczorem dzwoni Piotrek i mówi, że był u znajomej konfigurować internet to korzystając z okazji sprawdził swoją pocztę. W skrzynce znalazł wiadomość o mniej więcej następującej treści:

W odpowiedzi na Pana email związany z przyjazdem informujemy, że w związku z przegraniem przetargu na projekt... zmuszeni jesteśmy odwołać kontrakt. Ma Pan prawo do otrzymania jednomiesięcznego wynagrodzenia po wniesieniu sprawy do niemieckiego sądu pracy.
Przepraszamy za niepomyślny rozwój sytuacji.

...Tym sposobem prysnął sen o pracy jako informatyk w Niemczech.


Kolejne kilka tygodni wspominam jako koszmar. Zostaliśmy na lodzie: bez pracy, ja z wynajętym mieszkaniem każdy z nas utrzymujący swoją rodzinę. Szukałem intensywnie pracy. Pamiętam moje regularne wizyty w kafejce internetowej na Retkini w mroźne styczniowe wieczory. Pamiętam burzliwe posty na forum gdzie przedstawiałem swoją sytuację (muszę to odszukać w internecie - co to było za forum?? ).

Tym sposobem znalazłem pracę w Azymucie. Pierwsze moje skojarzenie było kiepskie: firma z branży wydawniczej? znaczy się hurtownia książek? co informatyk może mieć tam do roboty? Okazało się, że jest - i to na dobre 6 lat ;-)

cdn.
   
Tags :



Add a comment Send a TrackBack